Na Wasze dictum – Andrzej Bobkiewicz

Autonomia w nurcie „narodowego” dyskursu społecznego, błędnie pojmowana jest jako radykalna forma separatyzmu czy wręcz autarkii. Zgodnie z tym dyskursem to dążenie do „zburzenia” narodowego, etnicznego czy państwowego status quo w imię osobliwości (języka, tradycji, racji) jakiegoś regionu, jakiejś mniejszości, etnicznej czy „politycznej”. Nie wspominam tu o takich formach autonomii jak autonomia Kosowa, bo powstawała ona w zgoła innych okolicznościach. Tak czy tak, myśleniu o autonomii towarzyszy lęk, wręcz agresja. Nie dziwmy się, to pochodna wielu „historycznych” leków, przeświadczenia, zgodnie z którym obecnie osiągnięty przez Polskę status wolności –  integracja państwowa,  bytność w Unii Europejskiej –  „graniczy z cudem” i równa się racji stanu rozumianej jako deklaracja głębokiego patriotyzmu, niekoniecznie o zabarwieniu skrajnie nacjonalistycznym. „ Naród nadal pozostaje jedną z najważniejszych form identyfikacji, zarówno dla jednostek, jak i grup ludzkich” – konstatuje Waldemar Kuligowski w szkicu pod znamiennym tytułem „ Wynalezione tradycje wymyślonych narodów,  czyli o nacjonalizmie inaczej”. Mity, ceremonie, symbole  są jedną z form utrwalania poczucia narodowej przynależności.  W Polsce to pokłosie wielopokoleniowej  rozłąki i tęsknoty  za wolnością narodu, efekt powstań i rebelii, zbiorowa trauma, jako że byliśmy wykluczeni z mapy Europy na 124 lata, traktowani przez Prusy jak „Pufferstaat” (popychadło, państwo kadłubowe), przez Rosjan jako przedmurze burżuazyjnej Europy, „trupa”, przez którego miała być rzucona wraz z wojskiem Tuchaczewskiego żagiew „światłej rewolucji” do Europy. Stąd znaczenie wojny 1920 roku. Inna romantyczna narracja mówi, nie bez kozery, że należymy do narodu,  jak powiedział S. Pigoń,  którego losem „było strzelać do wroga z brylantów”. W wypadku Śląska przyczyna tych lęków jest głębsza, to bezpośredni rezultat jakby „zderzenia cywilizacji”  na skutek przesiedlenia ludności polskiej z Kresów, wypędzenie znacznej liczby autochtonów. To bezpośrednie pokłosie ustaleń jałtańskich.  Długi jest rachunek krzywd, fobii, kompleksów.

Musimy pamiętać o tym, co jest najbardziej oczywiste. Nie do wymazania jest piętno wojny wywołanej przez nazistów, którzy ufundowali i określili na lata „standardy” cywilizacyjnego barbarzyństwa i wizję piekła XX wieku. Także w odniesieniu do Śląsk, który przeszedł całkowitą metamorfozę.  Niezbywalna jest cezura roku 1933 jako początek tępej germanizacji, (raczej 1935, gdy na pruskiej prowincji Śląskiej  – od 1919  do 1938 Górno- i Dolnośląskiej –  skończyła się formalnie  „wielokulturowość” etniczna,  zaczęły znikać liczne żydowskie sadyby, w latach 1933 – 1945 zamieniono wszystkie polsko i słowiańsko brzmiące nazwy miejscowości). Napisałem projekt zatytułowany Palimpsest Opolski, który jest zbiorową próbą opisu Opola i Opolskiej Rejencji przed 1935 rokiem.

Druga cezura to 1945 rok – „zagłada, wypędzenie i gwałty”, a jednocześnie trumf wolności, wyzwolenie, utrwalone na lata majowym świętem w całej Europie. Dla tysięcy ludzi rozpoczął się czas wędrówki i szukania własnego domu, w „przestrzeni repatriantów i szabrowników”. Okres po 1945 roku, w służbie nowej „ludowej” polskiej władzy, były bez wątpienia jarzmem i gehenną dla tysięcy autochtonów, Ślązaków  (bo niemieccy żołnierze i urzędnicy NSDAP dawno uciekli).

W wywiadach z autochtonami, jaki prowadzę, jawi się ten czas jako regionalna apokalipsa. Jednak wyznania dra nauk prawnych, Johanessa Glauera prawnika i notariusza, urzędnika NSDAP, który całą wojnę spędził w Będzinie,  syna znamienitego opolskiego fotografa Maxa Glauera, mimo ciepłego rodzinnego przesłania rozczarowują. Tłumaczę jego memuary, a zwłaszcza to  co rodzina chciała, aby zostało przetłumaczone i myślę sobie że otępiony propagandą ten pruski urzędnik niewiele pojmował z tego co się stało podczas wojny. Winą obarczał „czerwoną sowiecką zarazę”, Polaków, nawet Amerykanów za słabą aprowizację. Ani słowa o getcie w Będzinie, w którym zginęło 20 tys. Żydów. Wszelka relatywizacja holokaustu, zagłady Żydów i Polaków i wielu narodowości w niemieckich obozach śmierci w czasach wojny, choćby w próbie porównania do „polskich” obozów jenieckich po II wojnie światowej, np. w Łambinowicach,  wciąż jest dużym nadużyciem. Tak jak sugestie w propagandzie rosyjskiej o polskich obozach jenieckich po I wojnie światowej, po wspomnianej już tutaj wojnie 1920 roku.

Lęki o Śląsk to nie jedyna narodowa fobia w Europie. Lęki Europy wnikliwy francuski filozof, Pascal Bruckner,  opisuje przez pryzmat „tyranii winy” (La Tyrannie de la pénitence. Essai sur le masochisme occidental). Co trzyma nas w karbach myślenia w kategoriach winy? Co sprawia, że pamięć musi być zinwentaryzowana i zaprezentowana w muzeum, że czynimy z przestrzeni wielu miast, Paryża, Berlina, Warszawy, Krakowa, otwarte muzea?  Czy pamięć,  zdolność do ekspiacji, skłonność do układania „gramatyki nostalgii”, „głęboka autokrytyka”, rzeczywiście osłabia moc sprawczą Europy? Ten stan wynika li tylko z chrześcijańskiego podglebia naszego kontynentu? Nie do końca ta diagnoza francuskiego eseisty przekonuje. Co do Śląska? Zacznę od siebie, od motywów biografii. Jako Polak, mocno tkwiący w nurcie „narodowego” dyskursu, sam ulegam wielu emocjom i lękom. Pamiętam jeszcze jak moi dziadkowie, Aniela i Antoni, osiedleni pod Wrocławiem w poniemieckiej wilii, długo się bali kolejnej zmiany warty na tych ziemiach. Jak wiele w moim myśleniu o Śląsku  jest przykładów i haseł  czerpanych z propagandowej historiografii PRL, z retoryki „powrotu do macierzy” „sprawiedliwości dziejowej”,  dzięki której „Ziemie Odzyskane trafiły po wiekach do Polski”.  Od tego czasu wiele się zmieniło, na skalę, której sobie praktycznie nie mogłem wyobrazić, gdy pisałem swoje pierwsze futurystyczne opowiadanka – gryzmoły o 2000 roku. O ile przyszłość trudna była do przewidzenia, to przeszłość była czymś niezbywalnym. Mój dom rodzinny był świadkiem narracji wielu  narodowych dramatów, mówiono na co dzień o krewnych,  co walczyli na frontach z faszystami (zwłaszcza w Powstaniu Warszawskim),  o krewnym majorze, który zginał  w Katyniu; Józku, studencie Lwowskiej Politechniki zamordowanym we lwowskim więzieniu przez NKWD; o losach mojej ciotki Adela w 1940 roku wywiezionej przez NKWD do Kazachstanu, wreszcie o uciekinierach z palonych domów, pędzonych przez bandy UON UPA i bestialsko zamordowanych.  Do dziś, choć moja Matka odeszła, szukam naszej kuzynki okrutnie zamordowanej w okolicach Zadwórza. Ciekawe, po latach znalazłam świadka!

Pamięć nie ginie w ciągu jednego pokolenia. Wstaje jak Feniks z popiołów, funkcjonuje jak mit. Urodziłem się we Wrocławiu, na styku kultur, na rozdrożach świadomości i tożsamości, w tyglu tej kultury „Kresów Wrocławia i dawnego Breslau”, utrwalających wtedy, na przełomy lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, „polski” status na tzw. „ziemiach odzyskanych”. Pochodzę ze strony matki z rodziny kresowej. Moi dziadkowie byli bodaj ostatnimi polskimi mieszkańcami Zadwórza – tych wielokrotnie opisywanych „polskich Termopil” 1920 roku. Mój dziadek mawiał, że ma dwóch wrogów: Ruska i Niemca, a niepodziewanie pojawił się ten trzeci,  sąsiad – Ukrainiec.  To Ukraińcy podpalili dom mego dziadka. Uciekając  przed UON UPA, idąc  w ślad za frontem, tuż za Niemcami,  przez Lwów (dom na Wzniesieniu) do Przeworska, moja rodzina (i krowa) trafiła do Wrocławia – w ruiny po „minionym” Breslau. Potem znaleźli dom.  Zajęli willę  prawdopodobne po właścicielu Zakładów Mięsnych, grubym Fritzu Obscie w Osoli (Ritschedorf) koło Obornik Śląskich. W starości mój dziadek bał się szabrowników i Niemców, co mogą skądś przyjść i odebrać dom, wyciąć mu sad. Kochał tę nową ziemię.

Po mieczu pochodzę z głęboko patriotycznej rodziny Wielkopolskiej. Bobkiewiczowie to szewcy, kołodzieje, młynarze, farmerzy, słowem wesoła i dowcipna, ale głęboko pracowita „wiara”, której nie tylko „przy Obrze było dobrze”, Zasiedlili całą Wielkopolskę  co najmniej od XVII wieku. Przybyli gdzieś z obecnej Litwy? Stworzyłem ich genealogię.   Mój dziadek Brunon Bobkiewicz, kupiec, wysłany z  zaciągiem  armii niemieckiej i poważnie ranny pod Verdun, leczył się z ran w lazarecie Stuttgarcie, a potem walczył bohatersko  w powstaniu wielkopolskim na odcinku jutrosińskim przeciw Niemcom. Otrzymał dwa krzyże  Virtuti Militari, jeden niemiecki, drugi polski.  Po wywalczeniu granic został zastępcą burmistrza w małym miasteczku Jutrosin koło Rawicza. Utrwalał tam ład tworzącej się po latach II RP, miał sklep „bławatny”.  Do wielkiego światowego kryzysu nieźle prosperował, potem powiedział, że nie będzie sprzedawał swoim „szwarc, mydło i powidło” i został plenipotentem Czartoryskich. Zmarł w Poznaniu.  W jego domu, gdzie domownicy zdobyli wykształcenie jeszcze w szkołach niemieckich, rozbrzmiewał język polski (nie wasserpolnisch tylko czysto literacka polszczyzna) i była bogata, wielotomowa i wielojęzyczna biblioteka, w której królował laureat Nagrody Nobla, Henryk Sienkiewicz. Dziadek cytował dzieciom i wnukom całe fragmenty z Trylogii. Nie był w tych fascynacjach odosobniony.

 

Tyle biografie antenatów. Pierre Nora wprowadził do metodologii historii pojęcie  „histoire au second degré” (historii drugiego stopnia, tła). To opowieść, wiersz, zapis, wariacja na tematy dziejowe. Mówił o powadze pamięci, ale także osobistym doświadczeniu. J.K. Olick pisał: „Wiele różnych dyscyplin, wykorzystujących koncepcję [pamięci] i przyczyniających się do jej doskonalenia, często posiada ezoteryczne właściwości, osobne dyskursy i często też zazdrośnie strzeże swoich granic”. Ważnym osobistym doświadczeniem był mój 10 – letni pobyt na Ukrainie, na „dzikich polach”, na których Elżbieta I carówna kazała usypać w 1754 roku jedną z największych twierdzy ziemnych w Imperium Rosyjskim. Elizawetgrad. Kresy ukrainne zamieszkałe przez wiele polskich rodów w XIX wieku, między innymi przez  rodzinę Karwin – Szymanowskich. W Tymaszówce przyszedł na świat Karol Szymanowski, w Elizawetgradzie do gimnazjum chodził Jarosław Iwaszkiewicz, na świat przyszedł Michał Choromański. Śląsk co najmniej od XV wieku stał kulturą niemiecką, Kresy od Unii Lubelskiej – rozwijały się na bazie kultury polskiej. Rodzina Szymanowskich nosiła miano „uczonej”, przykład polonizacji austriackiej rodziny Blumenfeldów jest znamienny. Ten porządek polskich dworów szlacheckich, polskiego śladu został wymazany przez rewolucyjne bandy Trockiego w latach 20 – tych. Pozostała pamięć i sentyment. Porządkiem naszego myślenia o Ukrainie rządzi kilka schematów, które wyrosły z tradycji. Jest to wizja\ Ukrainy, „ kraju u kraja‟  jako Kresów, pogranicza civitas christianis, metafory kraju „rodzinnego” – zrządzeniem losu i wyrokiem dziejów opuszczonego przez Naród, Boga i Ojczyznę,  którego osnowę stanowi wątek idylliczny przeplatany z bukolicznym, ziemiańskim. To temat na salony literackie a la Jerzy Janicki. Problem wieloetniczności, wielokulturowości przełożony na śląskie realia okazuje się bardziej inspirujący. Rodzi potrzebę ochrony etosu, języka, kultury, pielęgnowania tego, co odrębne.

Dlaczego trafiłem do Ruchu Autonomii Śląska? Nie, nie zgadzam się z pewnymi konstatacjami liderów tego stowarzyszenia, zwłaszcza jeżeli chodzi o zakres suwerenności. Suwerenność to „seria transakcji oscylujących między utratą autonomii a uzyskaniem lub nie większej zdolności rozwiązywania problemów” (Staniszkis). Co do przesłanki, że suwerenność „to także zdolność wprowadzania interesu własnego, jako warunku brzegowego” istnieje zgoda. Czy suwerenność jest możliwa z poziomu regionu? Sprawa skomplikowana w dobie globalizacji, gdy promuje się instytucje rządowe, ale znaczenie języka śląskiego (mnie uczono gwary śląskiej) nie tylko jako narzędzia komunikacji, ale jako formy identyfikacji etnicznej, jest mi bliskie jako filologowi.

Moje przestąpienie do RAŚ-u to także akt kontestacji władzy lokalnej. Istnieje niebezpieczeństwo petryfikacji form tej władzy na Śląsku i dystrybucja środków według korupcyjnych schematów. Już obecnie ten układ władzy wykazuje tendencje „dekadenckie”. Przykłady można mnożyć. Uroczystości upamiętnienia 200 – lecia najstarszego cmentarza opolskiego przy ul. Wrocławskiej ujawniło arogancję i niekompetencję władz w Opolu. Trzeba dodać, że ten cmentarz przedstawia „wzorcowo” obraz wieloletnich dewastacji, kradzieży, zaniedbań wielu nekropolii na Śląsku, nie mówiąc o zabytkach. Jednak w wydanym przez Wydział Promocji UM w Opolu folderze na temat tego cmentarza o tym nie napisano, posłużono się natomiast bardzo dowolnie tekstem mojego znajomego krajoznawcy (klasyczny plagiat). Równie żenujące było pismo wyjaśniające Pana Prezydenta. Tymczasem zamówiona jest na ten cmentarz już trzecia tablica pamiątkowa. Nie liczy się kosztów, bo to z budżetu miasta. Dwie poprzednie zawierały horrendalne błędy: „pochowano” na tym cmentarzu dwukrotnie osoby, które znalazły miejsca spoczynku gdzie indziej, o czym szeroko w niemieckojęzycznych dokumentach. Zignorowano nasze propozycje spotkania przy „roboczym stole” celem ustalenia „kanonu wiedzy”, bo inwentaryzacja została niestaranie wykonana (choć pewnie sowicie opłacona).

Jednak i my winniśmy zachować miarę i takt. W uzasadnieniu do „Ustawy o zmianie ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym..” znalazłem passus „o plemionach śląskich z grupy plemion zachodniosłowiańskich”, o „śląskiej organizacji plemiennej na Górze Ślęży”. W miejsce „śląski” PRL – owska propaganda  zwykła wstawiać przymiotnik „polski”. Identyfikacja plemion zamieszkałych na Śląsku we wczesnym średniowieczu jako śląskie (czy istniała świadomość regionu, mamy na to dowody?) wydaje się nadużyciem równie tendencyjnym jak ekstrapolacja  świadomości współczesnej w daleką przeszłość, co spotykamy w podszytej ideologią historiografii niemieckiej czy polskiej. Warto o tym pamiętać.

Andrzej Bobkiewicz

bobkiewiczAndrzej Bobkiewicz – urodzony we Wrocławiu, filolog, ukończył Wydział Filologii UWr., kierunek filologia polska, pedagog, obecnie właściciel Instytutu Rozwoju i Komunikacji „Arka” w Opolu, firmy „przyjaznej dla każdego”.
Przepracował 10 lat (2002 – 2011) jako rezydent, lektor i animator kultury na Ukrainie, kierowany przez CODN, MEN, następnie MNiSW w Warszawie.
Bezpośrednio wspierał „opozycję” na Ukrainie w ich aspiracjach wolnościowych i na drodze do Europy. Za całokształt pracy otrzymał Medal Komisji Edukacji Narodowej w 2007 roku, został także  nominowany do konkursu Najlepszy Nauczyciel 2007 Roku i uzyskał tytuł Ambasadora Szkoły Polskiej.
Autor kilku  projektów międzynarodowych: „Letniej Szkoły Ambasadorów”, „Stop wykluczeniu na Ukrainie”, pracował na Białorusi w ramach projektu MSZ „Przedsiębiorczość po białorusku”. |
30 sierpnia 2014 roku powołał wspólnie ze Stowarzyszeniem Farmerów Ukrainy Centralnej i Właścicielami Ziemskimi (około3000 tys. firm w centralnej Ukrainie, głównie o charakterze rolnym)  – Europejski Inwestycyjny Fundusz Polsko-Ukraiński „Złagoda”, który ma wspierać i promować przedsiębiorczość małych i średnich przedsiębiorców na Ukrainie,  pełnić funkcję pośrednika europejskiego i ukraińskiego biznesu, a także organizować projekty i szkolenia.

Posted in Ciekawostki.